nakompaktach.pl

Dział 01 · Recenzje

Recenzje płyt, które przeszły przez mój odtwarzacz

Piszę o albumach po kilku odsłuchach, w całości, z pudełkiem na kolanach. Sprawdzam brzmienie, mastering, zawartość książeczki i to, czy dane wydanie w ogóle warto mieć na półce.

Jak recenzuję płyty i dlaczego robię to inaczej niż serwisy muzyczne

Recenzja to dla mnie relacja z kilku dni spędzonych z albumem, a nie ocena wystawiona po jednym przesłuchaniu w tle podczas pracy. Zwykle daję płycie minimum pięć podejść, w różnych warunkach. Raz na słuchawkach, raz na zestawie w pokoju, raz w samochodzie, bo tam słychać zupełnie inne rzeczy. Dopiero potem siadam do pisania. Brzmi to jak przesada, ale wielokrotnie zdarzało mi się zmienić zdanie o materiale, który za pierwszym razem wydał się nijaki. Albumy rzadko otwierają się od razu, zwłaszcza te dobre. Te, które podobają się natychmiast, często nudzą się po miesiącu i to też warto powiedzieć czytelnikowi.

Nie stosuję punktacji w skali dziesięciopunktowej i nie zamierzam zacząć. Liczba niczego nie tłumaczy, a ludzie i tak przewijają tekst na sam dół, żeby ją zobaczyć. Zamiast tego mówię wprost, dla kogo dana płyta jest, w jakim momencie warto po nią sięgnąć i czego się po niej nie spodziewać. Jeżeli materiał jest nierówny, piszę które numery bym zostawił, a które przewijam. Jeżeli produkcja przykrywa tekst, mówię to samo. Taka forma jest uczciwsza wobec kogoś, kto zastanawia się nad wydaniem pięćdziesięciu złotych na krążek, a nie tylko nad kliknięciem w serwisie.

Co dokładnie sprawdzam w każdym wydaniu

Zaczynam od samego nośnika, bo tu leży różnica między blogiem o płytach a blogiem o muzyce. Patrzę na numer katalogowy, na kraj tłoczenia i na informacje z pierścienia przy otworze krążka. Dzięki temu wiadomo, która to wersja albumu, a to bywa istotne. Ten sam tytuł potrafi mieć wydanie pierwotne, wznowienie po kilku latach z innym masteringiem i reedycję jubileuszową z dodatkowymi numerami. Różnice bywają duże. Zdarza się, że nowsza wersja jest głośniejsza i bardziej sprasowana, przez co ginie w niej oddech perkusji. Wtedy warto polować na starsze tłoczenie, nawet jeśli kosztuje więcej.

Potem przechodzę do dynamiki. Nie mierzę tego żadnym profesjonalnym sprzętem, po prostu słucham uważnie, jak zachowuje się materiał przy głośnych fragmentach. Jeśli refren wchodzi i nagle wszystko robi się płaskie, a bęben traci uderzenie, to znak, że mastering został wyciśnięty do granic. To bardzo częsta przypadłość wydawnictw z okolic dwutysięcznych, kiedy trwał wyścig o to, kto brzmi głośniej w radiu. Album nagrany świetnie potrafi być zepsuty na ostatnim etapie i słuchacz nawet nie wie, że to nie wina jego sprzętu.

Osobna sprawa to książeczka. Sprawdzam, czy są teksty, kto odpowiada za produkcję, czy podano źródła sampli i kto grał na żywych instrumentach. To brzmi jak drobiazg, ale przy polskim rapie potrafi całkowicie zmienić odbiór albumu. Nagle okazuje się, że charakterystyczna linia basu, którą przypisywałeś producentowi, została zagrana przez zaproszonego muzyka sesyjnego. Albo że w podziękowaniach kryje się historia, która tłumaczy cały koncept płyty. Wydawnictwa, które oszczędzają na książeczce i wrzucają cztery strony zdjęć bez tekstów, zawsze to od mnie obrywają.

Najczęstsze błędy przy kupowaniu płyt na podstawie recenzji

Pierwszy błąd polega na sugerowaniu się wyłącznie oceną ogólną. Album może być technicznie znakomity i zupełnie nie pasować do tego, czego szukasz. Zawsze czytaj, o czym recenzent pisze przy opisie brzmienia i tempa, bo tam kryje się informacja, czy to płyta do słuchania w skupieniu czy do jazdy. Drugi błąd to ignorowanie daty tekstu. Recenzja napisana w tygodniu premiery powstawała pod presją czasu i emocji, a te opadają. Materiał oceniany po pół roku zwykle dostaje sprawiedliwszą notę, w obie strony.

Trzeci błąd zdarza się przy zakupach z drugiej ręki i kosztuje najwięcej. Ludzie kupują tytuł, nie sprawdzając wersji. Zamawiasz limitowane wydanie z dodatkowym krążkiem, a dostajesz standardową edycję, bo w ogłoszeniu było tylko zdjęcie frontu okładki. Zawsze proś o fotografię tyłu pudełka z numerem katalogowym i o zdjęcie zawartości. Uczciwy sprzedający zrobi to bez marudzenia. Czwarty błąd jest banalny, ale powszechny. Nie czytamy opisu stanu, a skróty w ogłoszeniach mają konkretne znaczenie i nie każdy używa ich zgodnie z przyjętą praktyką. Stan bardzo dobry u jednej osoby oznacza brak śladów, u innej kilka rys, które nie przeszkadzają w odtwarzaniu.

Co się dzieje, gdy kupujesz w ciemno

Najczęściej nic dramatycznego, po prostu tracisz pieniądze i miejsce na półce. Ale bywa gorzej. Rynek pełen jest wypalanych kopii sprzedawanych jako oryginały, szczególnie przy tytułach z niskiego nakładu i przy mixtape'ach z lat dwutysięcznych. Rozpoznasz je po kolorze warstwy odczytu, która ma odcień fioletu lub zieleni zamiast srebrnego połysku, oraz po braku wytłoczonego numeru matrycy. Nadruk na kopii bywa łudząco podobny, dopóki nie zobaczysz go z bliska i nie zauważysz rastra z drukarki atramentowej. Taka płyta zwyczajnie się posypie, bo warstwa barwnikowa degraduje się szybciej niż zapis w tłoczeniu przemysłowym.

Druga pułapka to płyty pochodzące z wypożyczalni i z promocji prasowych. Te pierwsze mają zwykle naklejkę i sygnaturę wypisaną markerem na nadruku, przez co ich wartość spada niemal do zera. Te drugie bywają oznaczone jako egzemplarz promocyjny, nieprzeznaczony do sprzedaży, i choć zawierają dokładnie tę samą muzykę, kolekcjonersko traktuje się je zupełnie inaczej. Jeśli kupujesz dla samego słuchania, nie ma to znaczenia. Jeżeli budujesz zbiór z myślą o wartości, ma ogromne. O tym, jak weryfikować takie rzeczy przed zapłatą, piszę szerzej w poradniku dla kolekcjonerów.

Recenzje, od których warto zacząć

Najwięcej miejsca poświęcam polskiej scenie rapowej, bo tam wydania fizyczne wciąż mają sens i wciąż się sprzedają. Pisałem między innymi o Café Belga, płycie, która stanęła u mnie na półce dużo później, niż powinna, i o blendtape'ie Elektryka, materiale idealnym na upalne popołudnie przy otwartym oknie. Obie rzeczy pokazują dwa różne modele wydawania muzyki, bo jedna trafiła do normalnej dystrybucji, druga funkcjonowała w obiegu bardziej nieformalnym. Historię tych zjawisk opisałem w tekście o polskim rapie na kompaktach, gdzie tłumaczę, skąd wzięły się limitowane nakłady i dlaczego niektóre tytuły dziś kosztują krocie.

Jeśli dopiero zaczynasz zbierać, moja rada jest prosta i mało romantyczna. Kupuj najpierw to, czego naprawdę słuchasz, a nie to, co teoretycznie powinno być w każdej kolekcji. Półka pełna klasyków, których nie odtwarzasz, jest tylko meblem. Płyta ma być odsłuchana, wyjęta, odłożona i wyjęta znowu. Wtedy cały ten zbiór ma sens, a każdy kolejny zakup wynika z realnej potrzeby, nie z listy zaległości. Wróć na stronę główną, żeby zobaczyć ostatnie wpisy, albo napisz do mnie przez formularz kontaktowy, jeśli chcesz podrzucić tytuł do opisania.